cienka czerwona linia
głęboko w środku, gdzieś pomiędzy sercem a płucami, w okolicy mostka, jest To. nie ma imienia.
bo prawie nigdy o nim nie mówimy. nikt sie nawet nie domyśla jego istnienia. bo niby jak? z tym
uśmiechem? z tym śmiechem, z chichotami i ciągle w tańcu, na karuzelach, z tymi wszystkimi
ludźmi wokół? szybko, głośno, za kaskadą dźwięków, pod purpurową mgłą, z tęczą kolorów,
która barwnymi splotami owija twoje ciało. nikt się nawet nie domyśla istnienia tej małej,
kolczastej, czarnej kuli…

Wielkiego Strachu, który potrafi porazić zmysły, odebrać rozum i każe nam uciekać dokądś
z całych sił, albo czyni z nas monstrum z wykrzywioną twarzą pełną złości, której wcale
nie chcemy. z nożem w ręce, który ze łzami w oczach wbijamy innym bez ostrzeżenia
w plecy albo w serce krzycząc: nie nie nie, ty nigdzie nie pójdziesz. nie, to ja cie przepędzę.
wypierdalaj! bo jeśli to ty odejdziesz, moja mała czarna kulka urośnie w wielką, rozżarzoną
kulę, która pochłonie moje serce i umysł. spłonę na popiół i pochłonie mnie mrok.
Potem wstyd. I płacz. I złość. To znowu ty. Bo kto inny, jeśli nie ty? Znowu psujesz wszystko.
Znowu szczur, zapędzony w kąt, który potrafi tylko ugryźć. Ugryźć tak, żeby bolało. Potem wstyd.
I płacz. I złość. O których nikt nigdy sie nie dowie.
a ta głowa, te miękkie włosy, te cieple dlonie. uszy, które słuchają, oczy, które widzą. dziesięć tysięcy kawałków, które jakoś trzeba ze sobą pozszywać. codziennie. co godzinę. w każdej chwili. i iść, iść, iść.
idź, Feniksie, ciesz się każdym nowym życiem. każdą nową twarzą. każdym nowym kolorem.
każdym nowym odcieniem. każdym nowym smakiem. każdym nowym zapachem.


