I znowu pije dzisiaj. Nie najebie sie, nie mam ochoty. Ide do pracy jutro. Pije z nudów.
Po części. Nie pije ze smutku, nie pije żeby coś tam w sobie pozagłuszać. I z przyzwyczajenia pije.
I dla smaku. I zaprawde zaczynam sie coraz gorzej czuć od tego picia. Nawet nie jest przyjemnie.
Poza tym za dużo zjadłem wcześniej i mam ciasno w środku.
I tak jakoś nagle znalazłem sie w dziwnym miejscu. Dotarło do mnie (nie dzisiaj i nie przy okazji
picia, bynajmniej), jak kompletnie i dogłębnie jestem samotny.
I co jest wstrząsające to to, że z tym wnioskiem nie wiąże sie żadne nieprzyjemne uczucie. Szok.
Nigdy wcześniej mi sie to nie zdarzyło. Poczucie samotności było zawsze jak czarna dziura.
Ssało jak ta lala…! A teraz? Bardziej ulga niż cokolwiek innego. Ciekawe dlaczego?

