Przypomnij sobie czas kiedy byłeś szczęśliwy. Ale szczęśliwy. Bez zewnętrznych okoliczności, które akurat sprzyjały. Nie.
Ale najbliżej byłem kiedyś, osiemnaście lat może miałem. Zeżarłem fiolke pabialginy. Koleżanka poleciła, bo mówiła, że jak po alkoholu niby ale lepiej. Nie było jak po alkoholu. Inaczej było. Pabialgina, chociaż przeciwbólowa, ani nie znieczulała, ani nie ogłupiała. Na marginesie - rzygałem później jak kot. Ale zanim zacząłem rzygać pamiętam, że troche obraziłem kolegę. Nie jakoś poważnie, i dlatego że inny kolega mnie sprowokował. To był moment szczerości. Bo za jego plecami mówiliśmy na niego „gruby”. Zupełnie bezmyślnie. Aha i paliłem papierosa na parapecie w oknie jednej z klas. Miała być religia, ale ksiądz nie przyszedł. Aha, i zgłosiłem sie do odpowiedzi na historii, której nie znosiłem, zawsze sie bałem, że będzie mnie pytać i chyba dlatego nie lubiłem sie uczyć. A wtedy coś wiedziałem. I zgłosiłem sie. Dostałem 4 albo 4.5. Wszystko jedno. Zgłosiłem się, mówiłem co wiedziałem i wiedziałem co mówię. Ładnie, składnie, logicznie i po kolei. I wszystko dlatego, że byłem naćpany. Wtedy byłem. Nigdy wcześniej ani nigdy później.

