inicio sindicaci;ón
Malo mowie bo malo wiem

Archive for June, 2008

taki dzień

przychodzi czasem taki dzien, ze mam chęć… nie, to nie chęć. to potrzeba.
na poziomie fizjologicznym, jak głód, senność, jak ochota na seks, kiedy
podniecenia już nie daje się opanować. potrzeba wdobycia z siebie czegoś.
rozprucia swojego ciała, wyrwania wszystkich narządów wewnętrznych,
ułożenia ich na stole, sklasyfikowania, zsystematyzowania, powbijania etykietek
na szpilkach, wykonania wszelkich mozliwych obserwacji, sporządzenia rysunków,
wykresów i tabel w nadziei na to, że moze akurat uda sie znaleźć ten element,
którego istnienie podejrzewano, ale nikt go jeszcze nie znalazł. ten, ktory zakloca
prace mozgu, zniekształca percepcję, który oszukuje tworząc rzeczywistosc zanim
ona zaistnieje. a moze to po prostu drugi mózg, walczacy bez przerwy z tym pierwszym…
wszystko jedno, w kazdym razie mam ochote sie rozszarpać.

na pewno znasz te poranki gdy

zadziwiają mnie poranki. niemożność wydobycia się ze snu. nawet nie ze snu,
ale z tego błogostanu półmrocznego, porannego otępienia. budzę się nie raz,
ale kilka razy. budzik dzwoni, a ja pozwalam mu to robić znowu i znowu. i wyłączać,
i czekać. kolejne 10 minut. kolejne 10 minut nie zaszkodzi. jeszcze trochę. poleżeć,
przeciągnać się, przeciagnąć czas do granic możliwości, do granic prowokacji,
powtarzając sobie “a może dzisiaj pojebać to wszystko”, nie iść do pracy, nie
zadzwonić. i tak nikt by sie nie przejął. to mogłoby być ciekawe doświadczenie,
przyglądać się reakcji, jak badacz w laboratorium obserwuje co robi szczur po
elektrowstrząsach. przyglądać się z zaciekawieniem tej trosce. co się stało, dlaczego,
temu dziwnemu wyrazowi, który jest tylko czubkiem góry lodowej złości, która ubiera
sie elegagncko i dyplomatycznie cie nie opierdala. z jakichś dziwnych przyczyn.
może ci jakoś pomóc, itp. itd. lub coś w tym rodzaju. Zreszta, to już temat na inną
bajkę, ktory mnie cholernie… kurwa.
Wstaję wreszcie, ale tak, żeby nie daj boże nie było komfortowo, spokojnie,
i od początku do końca. niech zawsze będzie poszarpane, pocięte, niedociągniete
i nadprute. od rana. zawsze biegiem do lazienki, zawsze niedojedzone śniadanie,
niedopita kawa, papieros zamiast, papieros przed, po, pomiedzy, kawą, kanapką,
płatkami z mlekiem, które wcale nie smakują tak jak powinny, znaczy jak przejaw
dobra. dla ciebie, dla twojego ukladu trawiennego i ogólnoustrojowego dobrobytu.
smakują jak dobro konieczne. zdecydowanie wolę zło konieczne od dobra koniecznego.
dobro konieczne smakuje jak zupa mleczna z makaronem, ktorą wyrzygałem kiedyś
całą spowrotem do talerza w stolowce nad morzem. smakowala jak ugotowana komus
na zlosc.

od czasu do czasu mam dość i coś zmieniam. zmieniam śniadanie. nie jem nic w ogóle.
nie palę. idę do pracy inną drogą, na skróty, albo nadkładając drogi w sposob
kompletnie bezsensowny. zawsze sie spóźniam. a może by tak zmienić coś na swoją
korzyść raz? przestać się spóźniać codziennie dokładnie 10 minut? albo spóźniać sie
jeszcze bardziej? albo robić coś innego po drodze? a moze jakas szczypta samodyscypliny?
dobro konieczne? pewnie w koncu i tak zwymiotowałbym tym wszystkim na jakis stol…

cienka czerwona linia

głęboko w środku, gdzieś pomiędzy sercem a płucami, w okolicy mostka, jest To. nie ma imienia.
bo prawie nigdy o nim nie mówimy. nikt sie nawet nie domyśla jego istnienia. bo niby jak? z tym
uśmiechem? z tym śmiechem, z chichotami i ciągle w tańcu, na karuzelach, z tymi wszystkimi
ludźmi wokół? szybko, głośno, za kaskadą dźwięków, pod purpurową mgłą, z tęczą kolorów,
która barwnymi splotami owija twoje ciało. nikt się nawet nie domyśla istnienia tej małej,
kolczastej, czarnej kuli…

with love

Wielkiego Strachu, który potrafi porazić zmysły, odebrać rozum i każe nam uciekać dokądś
z całych sił, albo czyni z nas monstrum z wykrzywioną twarzą pełną złości, której wcale
nie chcemy. z nożem w ręce, który ze łzami w oczach wbijamy innym bez ostrzeżenia
w plecy albo w serce krzycząc: nie nie nie, ty nigdzie nie pójdziesz. nie, to ja cie przepędzę.
wypierdalaj! bo jeśli to ty odejdziesz, moja mała czarna kulka urośnie w wielką, rozżarzoną
kulę, która pochłonie moje serce i umysł. spłonę na popiół i pochłonie mnie mrok.

Potem wstyd. I płacz. I złość. To znowu ty. Bo kto inny, jeśli nie ty? Znowu psujesz wszystko.
Znowu szczur, zapędzony w kąt, który potrafi tylko ugryźć. Ugryźć tak, żeby bolało. Potem wstyd.
I płacz. I złość. O których nikt nigdy sie nie dowie.

a ta głowa, te miękkie włosy, te cieple dlonie. uszy, które słuchają, oczy, które widzą. dziesięć tysięcy kawałków, które jakoś trzeba ze sobą pozszywać. codziennie. co godzinę. w każdej chwili. i iść, iść, iść.
idź, Feniksie, ciesz się każdym nowym życiem. każdą nową twarzą. każdym nowym kolorem.
każdym nowym odcieniem. każdym nowym smakiem. każdym nowym zapachem.