so you think you can tell
so you think you can tell Heaven from Hell, blue skies from pain.
can you tell a green field from a cold steel rail? a smile from a veil?
do you think you can tell?
so you think you can tell Heaven from Hell, blue skies from pain.
can you tell a green field from a cold steel rail? a smile from a veil?
do you think you can tell?
Nie ma tego zlego. Chcialem leciec do Polski na swieta. Mialem rezerwacje z
niewlasciwa data. Nie moglem miec z wlasciwa data, poniewaz takiego lotu tego dnia akurat nie bylo. Secundo: Nie zorientowalem sie ze mam zle zarezerwowany lot bo gdybym sie zorientowal to nie polecialbym do Polski na swieta. Jasne?
Zaczyna sie od awarii komputera. Wtorek, 19. grudnia, redakcja gazety, dzien jak co dzien. Macintosh na biurku, w Macintoshu okolo poludnia szlag trafia folder z plikami. Wszystkimi. Znikaja bez sladu. Spece od jabluszek drapia sie po glowach i skanuja twardy dysk w poszukiwaniu resztek danych albo jakichkolwiek sladow. Nie znajduja nic. Rzecz dzieje sie na dwa dni przed terminem ukazania sie numeru. Na trzy dni przed lotem do domu. Szef przedstawia propozycje: odtworz co sie da do piatku, zarezerwujemy ci nowe bilety na sobote. Chwila zastanowienia. Wilk syty i owca cala itp. Zgadzam sie. W srode rezerwujemy bilety. Lot w sobote rano z Derry do Glasgow, w sobote po poludniu z Glasgow do Warszawy. W porzadku, wszyscy zadowoleni. W piatek wieczorem gazeta jest gotowa, reklamy uratowane, zdjecia i inne grafiki czesciowo rowniez. W sobote rano taksowka na lotnisko w Derry, odprawa, chwila nudnego oczekiwania wymieszanego z uczuciem ulgi: wreszcie jade na swieta do domu. 20 minut w powietrzu i ladowanie w Glasgow.
W Glasgow pokrecilem sie troche na lotnisku, skrecilem papierosa, spalilem i wrocilem do terminalu. Spojrzenie na ekran z rozkladem lotow. Warszawa… Warszawa… Zaraz, gdzie jest Warszawa? Warszawy nie ma. Czyzby odwolali bo mgla zaslania? Dlaczego zaden inny lot nie jest odwolany? Ale… Warszawa nie zostala odwolana. Warszawy po prostu nie ma. W sobote 23 grudnia 2006 nie ma lotu z Glasgow do Warszawy. O zadnej godzinie, zadnymi liniami, samolotem, balonem, latawcem… nie ma. Finito.
Ale to dotarlo do mnie w calej rozciaglosci dopiero kiedy chwile pozniej po raz 50. sprawdzilem wydruk z szczegolami rezerwacji. Data na wydruku: 22 grudnia. Ale dlaczego dopiero teraz? Czy na litosc boska musialem przyleciec do cholernego Glasgow po to zeby tam, na lotnisku, zorientowac sie, ze nie polece stamtad do Warszawy?! Widocznie tak. Taka nagroda za glupote, pospiech, nieuwage i tym podobne.
Pozniej nastapilo cos w rodzaju zapasci. Odpadly rece i plataly sie pod nogami. Pomysly odfrunely jak stado wrobli z lanu pszenicy, ktora doszczetnie wydziobaly. W glowie zapanowala kompletna, bezbrzezna pustka z walajacymi sie na czyms w rodzaju podlogi wycietymi z papieru znakami zapytania, ktore szelescily pod nogami jak smutne jesienne liscie. I wszystko wygladalo przez kilka chwil jak film puszczany w zwolnionym tempie. Nnnnnnnnoooooooooooooo iiiiiiiiiiiiiii coooooooooooooo teeeeeeeeeeeeeeeraaaaaaaaaaaaaaazzzzzzz???
Moze przynajmniej poudaje, ze mam jakis pomysl. Punkt pierwszy - informacja. Majac w glowie mgliste wspomnienie jakiegos artykulu w The Economist mowiacego, ze podstawa swiatowej gospodarki i w ogole wszystkiego w dzisiejszych czasach jest informacja, stwierdzilem ze posiadanie jakichkolwiek informacji na jakikolwiek temat podniesie mnie na duchu. Stanalem przed stanowiskiem informacyjnym jakby bylo ostatnim miejscem na ziemi, w ktorym znajdowal sie ostatni zyjacy czlowiek, ktory mial dla mnie jakies informacje. “Niestety, na wszystkie dzisiejsze loty do Polski jest juz komplet. Od kilku dni.”
No jak to, nie slyszal pan o takich miastach jak Wroclaw, Katowice, Gdansk? Jakies inne lotniska tez chyba sa? Czy pozamykali? Te samoloty przeciez duze sa, na pewno sie znajdzie jakies miejsce, chocby stojace, bede sie mocno trzymal… Durne mysli lataly po glowie jak przestraszone szynszyle po klatce. A do Derry? “nie znam w tej chwili liczby pasazerow, prosze sie zglosic pozniej”…
Wyobrazilem sobie jak rzucam sie na podloge i zaczynam rozpaczliwie wyc… ze terroryzuje jakichs ludzi, ktorzy sa odpowiedzialni za wchodzenie do samolotow… ze wrzucam kamyczek do studni a on leci, leci, leci…
I wtedy nagle caly terminal zalalo cudowne biale swiatlo i zabrzmialy anielskie chory… Dobra. Jeden glos, wysoki na metr dziewiecdziesiat z kawalkiem, w czarnym kostiumie, ze skorpionem wytatuowanym na dloni. “kolego, masz jakis problem? moze moge Ci pomoc jakos? moge odstapic jeden bilet”
Co? Ze jak? Kiedy? Jaki bilet? Po co mi bilet? Zaraz, kim ty w ogole jestes? Skad masz bilet, dlaczego chcesz odstapic? Oszalales? Dlaczego mnie dreczysz?
- Do Gdanska. Mam dwie rezerwacje. Kolega rezerwowal ze mna ale nie leci, bo cos mu wypadlo. Jeden wolny bilet mam. Chcesz?
- Noz kurwa twoja za przeproszeniem mac, czlowieku, spadles mi z nieba, czarny aniele ty moj, jasne ze chce!! - pomyslalem. “Ile mnie to bedzie kosztowalo?”
- Swieta ida, trzeba byc milym dla ludzi, zmiana nazwiska na rezerwacji kosztuje dwadziescia piec funtow, musisz sobie zaplacic.
- Aha…
- No to jak?
- …
- No chcesz ten bilet czy nie, bo musze isc do odprawy?
Gdyby nie to ze terminal pelny ludzi, to ryczalbym na cale gardlo Chceeee, chceeeeeee, jasneeeeeeee, aaaaaaaaaaaa….
Potem juz tylko odprawa, kontrola, start, lot, ladowanie, Gdansk. I tym sposobem dolecialem do Polski. W calkiem innym miejscu niz chcialem i cholernie daleko od domu, ale przynajmniej do Polski. Tutaj uklon do kostek i usciski i niewypowiedziana, strzelista wdziecznosc dla taty i mamy, ktorzy zaoferowali sie, ze przyjada po mnie do Warszawy, po czym, kiedy do szczetu zamieszalem im w glowach podjeli sie karkolomnej misji przyjazdu do Gdanska. “I tak przejechalismy pol Polski, wiec jak przejedziemy pol Polski jeszcze trzy razy to nic wielkiego… ” Kocham was i dziekuje.
I dziekuje Krzysztofowi, ze przyszlo mu do glowy.